środa, 19 października 2016

Żyję, mam się dobrze

Do napisania tego posta podchodziłam kilkukrotnie. Zebrałam się w sobie i jestem.

Trzy tygodnie temu minęło mi pół roku pracy w obecnej firmie. Pisałam Wam już, że łatwo nie było. Tak jest do dzisiaj. Pracuję na pełnych obrotach 9-11h dziennie, nie mam przerw, łapię kanapkę w biegu. Szef jest wymagający, ciągle czegoś chce, dzwoni kilka razy dziennie. Jak jest w biurze to nie mam spokoju. Potrafi gadać mi przez godzinę o jakiś pierdołach, po czym dziwi się, że coś nie jest jeszcze zrobione, a przecież mówił/prosił mnie o coś godzinę temu (rozumiecie paradoks?). Tak jest ciągle. 

Minęły wakacje, a mi nie udało się wziąć wolnego - dużo projektów do upilnowania. W czerwcu, omawiając ogólnie urlopy, usłyszałam od szefa, że powinnam wziąć urlop wtedy co on (wtf?!). Wiedziałam, że jego "urlop" to półtora tygodnia w październiku. No cudownie, wręcz marzyłam o wylegiwaniu się na plaży... w kocu.

Gdy nadszedł koniec września ostatecznie porozmawialiśmy o urlopie. Jakie było moje zdziwienie, kiedy po stwierdzeniu, że biorę urlop 17-31.10. szef zamilkł. Dopiero wtedy dotarło do mnie, że szef mówiąc o urlopie "w tym samym czasie" (on 17-26.10.) miał na myśli dokładnie! ten sam termin (wtf?!). Masakra! Zapytał, czy mam tyle urlopu. Ja, że tak. A jak Pani to policzyła - zapytał. A ja swobodnie stwierdziłam, że wystarczy 26 dni podzielić przez 12 miesięcy i pomnożyć przez liczbę przepracowanych miesięcy. Aha - usłyszałam. Przyjął do wiadomości i właśnie jestem na moim wyczekanym urlopie. Ruszamy z mężem samochodem do Pragi a potem zobaczymy, gdzie nas poniesie. 
Niedługo pokażę Wam efekty mojego leczenia ortodontycznego, ale dopiero jak ściągnę dół. Górny aparat został mi ściągnięty pod koniec sierpnia.
Poniżej mały sneak peak ;)

Powiem Wam szczerze, że ostatnie kilka miesięcy minęło mi bardzo szybko. Przez to, że dużo pracuję, nie mam wiele czasu na spędzanie go z rodziną czy przyjaciółmi. Moje życie popołudniowe zdecydowanie przyschło. Ciężko jest mi się zorganizować kiedy nie potrafię przewidzieć, o której godzinie skończę pracę danego dnia. Zdecydowanie jest to coś, nad czym powinnam popracować.

We wrześniu organizowałam wieczór panieński mojej siostrze, a dwa tygodnie wydałam ją szczęśliwie za mąż.

 

Ciekawa jestem, co tam u Was słychać, więc jeżeli to czytacie zostawcie po sobie ślad.

Buziaki!!!

sobota, 14 maja 2016

Co nas nie zabije, to nas wzmocni

Dokładnie tak jest, a przekonałam się o tym po miesiącu pracy w nowym miejscu. Firma mała, oprócz szefa jest dwóch pracowników, w tym ja. Wszelkie prace są zlecane na zewnątrz, a ja je próbuje koordynować. Jednocześnie jestem asystentką szefa, jego "zbrojną prawą ręką". Poza tym zajmuję się organizacją biura, czyli mix trzech stanowisk tak naprawdę. Sama nie wiem, jak ja to ogarniam, ale tak, jakoś to ogarniam i jestem w tym coraz lepsza. Cieszę się, że się po miesiącu nie załamałam i nie zrezygnowałam, bo zdecydowanie jest to szkoła życia. Każdego dnia uczę się nowych rzeczy, dowiaduję się wielu rzeczy, jak załatwia się różne sprawy, co gdzie jak. Wiele sytuacji jest dla mnie stresujących, czasem ludzie mnie irytują. Jak na razie jakoś to ogarniam, szef jest chyba zadowolony, wnioskuję to z tego, że jeszcze tam pracuję ;)
Trzy tygodnie temu byłam na kolejnej rozmowie. Zapytana, czy jakby spełnili moje warunki, to czy bym się zdecydowała u nich pracować. Powiedziałam, że musiałabym się chwilę zastanowić (nie chciałam robić sobie nadziei). Napisałam im później maila, że bym się zdecydowała. Prawdopodobnie nawet go nie dostali. Mieli zadzwonić do poniedziałku, czyli kilka dni po rozmowie. Telefon nie zadzwonił. Pomyślałam, że pewnie znowu znaleźli kogoś tańszego i bardziej doświadczonego. Dwa dni temu pewna znajoma mi dobrze osoba była u nich rozmawiać o pewnym projekcie, po czym zagadała na mój temat. Okazało się, że czekali na mój telefon. ?!?!?! (-_-) Nie zadzwoniłam, wzięli kogoś innego. No cóż, bez komentarza.   

poniedziałek, 11 kwietnia 2016

Praca jest, ale...

Minęły dwa tygodnie odkąd zakończyłam smutny okres bezrobocia. Powiedziałam smutny? To był dla mnie najmniej stresujący okres w moim dorosłym życiu. Dopiero teraz doświadczam, co to znaczy naprawdę się stresować. Szef jest bardzo wymagający i zdaje mi się, że testuje i sprawdza mnie, ile może mi roboty wcisnąć, żeby zaczęła wychodzić mi uszami. Budzę się rano godzinę przed budzikiem i już mnie ściska w żołądku. Coś czuję, że sama się proszę o wrzody.
Zaczęło się niewinnie, od rozmowy "rekrutacyjnej" w knajpie na mieście. Nie zostałam wtedy uświadomiona, ile faktycznie czeka na mnie zadań i obowiązków. Od typowo biurowych, jak zaopatrzenie, dzwonienie, ciągłe dzwonienie, po pilnowanie terminowości projektów, płatności, pomoc w pracy innym pracownikom i częściowe wyręczanie ich w niektórych kwestiach oraz masa innych (muszę je wszystkie gdzieś spisać, żebym nie zapomniała). Do tego szef ciągle do mnie dzwoni, update'uje, dorzucając do mojej listy "to do" kolejne zadania. Ciężko jest mi to wszystko ogarnąć, mimo, że mam bardzo pojemną głowę. Ze strachem przyjmuję kolejne zadania, które w zbyt krótkim czasie nie są realnie do zrealizowania, chyba, że lubię siedzieć po godzinach.
W tak zwanym "międzyczasie" w ostatni piątek wybrałam się na kolejną rozmowę, w branży. Historia z grudnia niestety się powtórzyła. Państwowy instytut, stanowisko asystentki dyrektora, moje wykształcenie, doświadczenie i umiejętności idealnie wpasowywały się w wymagania. Dzisiaj dostałam telefon, że niestety nie mają mi nic do zaproponowania. Wkurzyłam się, bo znowu wyszłam z rozmowy bardzo zadowolona i pełna nadziei. Znalazłam numer telefonu do dyrektora obecnego na rozmowie rekrutacyjnej i wprost zapytałam, jaki był powód odrzucenia mojej kandydatury. Powiedział, że otrzymali ponad 200 cv (nie dziwi mnie to skoro ofertę wrzucili na pracuj.pl), wybrali 10 na rozmowę, a spośród trzech wybrali tą jedyną- najbardziej doświadczoną. No tak, pomyślałam, doświadczenia nie przeskoczę. Mam cztery lata doświadczenia jako asystentka i to wciąż jest za mało. Kolejny kop w tyłek, łzy same napływają do oczu jak o tym myślę.
Jestem w o tyle w lepszej sytuacji, ponieważ mam pracę. Co prawda na razie do końca kwietnia, ale zawsze. Teraz jestem kierownikiem biura, ho ho, można pomyśleć, ale na najniższej krajowej na umowie, a reszta do ręki. Na zwolnieniu lekarskim dostanę 1000 zł. Tyle dostaje co miesiąc niepracująca kobieta, jak urodzi dziecko. 
Na razie zbieram doświadczenie, szlifuję angielski, może pomyślę nad jeszcze jakimś językiem albo jakimś kursem. Może w końcu dostanę telefon z pozytywną odpowiedzią na moją aplikację.

czwartek, 24 marca 2016

Wiadomość z ostatniej chwili!!!

AaaAaaA! Udało się!! Jeszcze to do mnie nie dociera, ale radość jest ogromna!
Od wtorku idę do nowej pracy. Na razie na 1-miesięczny okres próbny, ale już ja pokażę, na co mnie stać. Właściwie to nie ja znalazłam pracę, tylko praca mnie. Zadzwonił dziś do mnie Pan, że chce się spotkać za 1,5 h. Ja pełny nieogar, ale ogarnęłam się, pojechałam. Praktycznie nic nie musiałam mówić. Pan mi opisał stanowisko, ustaliliśmy wynagrodzenie i tyle. Na koniec zapytałam, skąd miał mój numer. Powiedział, że jego żona znalazła mnie w internecie. Można? :)
Także mówię Wam, wrzucajcie swoje ogłoszenie na strony, o których wspominałam w ostatnim poście. Pamiętajcie tylko, że musi być ono konkretne, najlepiej wypisać swoje umiejętności i doświadczenie. Żadnych zdjęć ani adresów. Nie wysyłajcie też CV do nieznanego źródła. Jeżeli dana osoba się nie podpisze albo po mailu nie domyślicie się nazwy firmy, nie odpisujcie. To mogą być zboczeńcy!!!

Wesołych Świąt, Kochani!!

środa, 23 marca 2016

Rozmowa kwalifikacyjna

Dzisiaj opowiem Wam trochę, jak przebiegały moje rozmowy kwalifikacyjne, ile czasu trwały, jakie zadawano mi pytania, po polsku i po angielsku, i czego się dzięki nim dowiedziałam.
Zacznę od tego, że dziennie przeglądałam kilkadziesiąt ofert, korzystając między innymi z poniższych serwisów:

Rejestrowałam się również na stronach firm HR, np. HAYS. Przeglądam ogłoszenia zamieszone w warszawskich urzędach pracy. Ponadto, pracy szukałam w Ministerstwie Środowiska i oczywiście bezpośrednio na stronach firm z mojej branży, tj. Orlen, BP, PGNiG, Skanska, Polimex-Mostostal i parunastu innych. Czasami rejestrowałam się na ich stronie i wrzucałam swoje CV do ich bazy. Zawsze bez odzewu.
W zeszłym tygodniu (czemu dopiero teraz na to wpadłam?!) wrzuciłam swoje ogłoszenie na gumtree i olx, wpisując jakie mam doświadczenie i umiejętności. O dziwo, dostałam kilka zapytań i próśb o przesłanie CV. Oczywiście zdarzyło się też tak, że dostałam prośby o przesłanie zdjęcia, co więcej smsa z prośbą o podanie wieku i miejsca zamieszniania - sick! Na takie wiadomości nie odpowiadamy, pamiętajcie. Numer wrzucamy do SPAMu!

Przypomnę, że szukam pracy jako Asystentka Biura/Zarządu/Prezesa, Sekretarka, Specjalista ds. administracyjnych - generalnie mówiąc, jedno z najbardziej obleganych stanowisk ever, w Warszawie to ok. 1500-2000 zgłoszeń na jedno ogłoszenie- tak wynika z moich statystyk. Aplikowałam również na niskie stanowiska związane z geologią, jeżeli w ogóle takie się pojawiło. 

W poprzednich postach wspominałam Wam co nieco na temat odbytych rozmów, tu postaram się zebrać większość, jak nie wszystkie pytania. Zacznę może od tych po angielsku, bo jest ich zdecydowanie! mniej. Na rozmowach, gdzie w ogłoszeniu nie było wpisanego angielskiego w wymaganiach, naturalnie pytania takie nie padły. Było też tak w przypadkach, gdy wymagano znajomość angielskiego w stopniu komunikatywnym bądź podstawowym.

Pytania po angielsku:
1. Powiedz coś o sobie!!
2. Opowiedz o swoim hobby!!!
3. Jakie obowiązki miałaś na poprzednich stanowiskach?

Jak widzicie, nie trafiałam na zbyt wymagających rozmówców. Może dlatego, że zwykle rozmawiałam z bezpośrednim przyszłym przełożonym, nigdy z osobą z HR.

Pytania po polsku:
1. Powiedz coś o sobie.
2. Jakie obowiązki miałaś na poprzednich stanowiskach?
3. Co byś chciała robić za 5 lat? Gdzie się widzisz za 5 lat?
4. Jakie masz doświadczenie w pracy na stanowisku, na które aplikujesz?Jakie umiejętności posiadasz, które są wymagane na tym stanowisku?
5. Twoje mocne i słabe strony.
6. Jakie są Twoje największe osiągnięcia w pracy/ co udało Ci się ulepszyć/ sukcesy?
7. Jak radzisz sobie ze stresem?
8. Dlaczego chciałaby Pani tu pracować?
9. Dlaczego przestała Pani pracować u poprzedniego pracodawcy?
10. Dlaczego jeszcze nie znalazła Pani pracy?
11. Od kiedy może Pani zacząć pracę?
12. Pytania o konkretne umiejętności. Czasami padały pytanie dotyczące umiejętności, których nie było w ofercie, ale poniekąd były związane z opisem stanowiska, np. w ogłoszeniu było napisane: współpraca z działem księgowym/finansowym, a pytano mnie czy wystawiałam faktury, robiłam płatności itp.
13. Pytanie o referencje lub kontakt z poprzednim przełożonym (w moim przypadku, każdy mój były pracodawca oferował taką pomoc, gdybym potrzebowała, ale z perspektywy czasu, lepiej mieć to na piśmie).
14. Czy nie miałabym nic przeciwko podróżom służbowym?
15. Czy biorę udział w innych procesach rekrutacyjnych?
16. Jakie są Pani wymagania finansowe? (tylko na jednej rozmowie mnie o to nie zapytano, Pan Prezes stwierdził, że zawsze można się dogadać)
17. Ile zarabiała Pani w poprzedniej firmie?
18. Czy ma Pani do nas/mnie jakieś pytania? (Jak nie zapomniałam ze stresu, to pytałam, kiedy mogę spodziewać się odpowiedzi z ich strony. Zdarzyło mi się, że zadzwonili po podanym terminie.)

Nigdy nie padło pytanie, co wiesz na temat naszej firmy. Zawsze na początku było mi opowiadane o danej firmie, czym się zajmują, na jakim obszarze działają. Nigdy nie usłyszałam również pytania, dlaczego właśnie mnie powinni zatrudnić.
Rozmowy, na których byłam, trwały od 15 minut do godziny. Zdarzyło mi się, że przy zapraszaniu na rozmowę informowano mnie, ile dana rozmowa będzie trwała. Czasami sama o to pytałam, jak miałam już jakieś plany. Zawsze bez problemu mi odpowiadano.

Jeżeli chcielibyście poznać dobre i złe odpowiedzi, na 100 najczęściej zadawanych pytań na rozmowie kwalifikacyjnej, odsyłam Was do stronki http://jobtips.pl/rozmowa-kwalifikacyjna
Sama zainwestowałam ok. 30 zł, co pozwoliło lepiej przygotować się do rozmów. Wiem wiem, na razie bez skutku, ale nie uważam, że jest to wina złych/dobrych odpowiedzi. Pamiętajcie, że to Wy jesteście wybierani i nie od Was to zależy. Zależy to głównie od czynników zewnętrznych, od kogoś widzi mi się. Niestety, wystarczy tylko jedna osoba z większym doświadczeniem, z lepszym angielskim, z jedną umiejętnością więcej i stanowisko będzie jej, taki lajf. Nie ma się co przejmować, ja miałam już kilka rozmów i dalej nie znalazłam pracy. Nie załamuję się, tylko staram się poszerzać swoje umiejętności i pewność siebie. Mam nadzieję, że w końcu znajdę miejsce dla siebie.

Ściskam Was i powodzenia!

PS. Wczoraj byłam na kolejnych dwóch rozmowach. Fingers crossed!

środa, 16 marca 2016

Aparatka #7 Efekty leczenia po 14 miesiącach

Dawno nie było u mnie serii Aparatki. Dziś przychodzę do Was z podsumowaniem 14-miesięcznego leczenia. Zauważyłam, że z czasem przestałam tak bardzo przyglądać się swoim zębom, dałam im swobodę, a niech tam się przesuwają. Od czasu do czasu coś mi nie pasowało, o czym niezwłocznie informowałam swoją ortodontkę. Nie przedłużając, poniżej wrzucam małe porównanie.
PS.1 Proszę nie zwracać uwagi na kolor zębów, bez flesza wydają się być ciemniejsze. Zresztą przed założeniem aparatu miałam porządnie czyszczone zęby, więc były one idealnie białe.
PS.2 Od początku leczenia nie miałam zabiegu czyszczenia zębów, bo nie było takiej wyraźnej potrzeby, zęby bardzo powoli zbierają osad, ortodonta i dentysta stwierdzili, że nie ma na razie takiej potrzeby. A wszystko dzięki irygatorowi, must have!


Komentarz: przez to, że mam delikatnie ukruszone jedynki wygląda to nieciekawie, jakby zęby mi się przechylały. Widać natomiast ogromną zmianę, przede wszystkim jeżeli chodzi o górne dwójki i trójki. Po zakończonym leczeniu, zęby będę wyrównywać, uzupełniać ukruszenia i może wybielać (jeżeli czyszczenie nie da zadowalającego efektu).



Komentarz: nie widać tego niestety, ale dół przeszedł ogromną zmianę, głownie z powodu prawej siódemki (patrząc na zdjęcie). Przez to, że miałam kiedyś wycinaną prawą szóstkę, siódemka położyła się na jej miejsce, zajmując tym samym dwa miejsca. Praca aparatu spowodowała spionizowanie siódemki, a następnie przesunięcie jej w wolne miejsce po szóstce. Prawa ósemka została przesunięta na miejsce siódemki (stąd dwa pierścienie obok siebie).

 

Komentarz:  tu chyba komentarza nie potrzeba, po prawej idealnie ustawiony łuk. Górną lewą ósemkę miałam usuwaną chirurgicznie. Pytanie, czy prawa ósemka zagrozi ustawieniu zębów po zdjęciu aparatu. Muszę się o to dopytać na następnej wizycie.

Wielokrotnie zadawane mi pytanie brzmi: kiedy zdejmiesz aparat?! Jeszcze nie wiem. Leczenie powinno trwać 24 wizyty. Ja mam za sobą 13, za tydzień będzie 14-sta. Na ostatniej wizycie ortodontka stwierdziła, że jak powiem, że jestem w pełni zadowolona to mi go zdejmie, ona w sumie nie ma już nic większego do roboty, także myślę, że będzie to mój prezent na 30-ste urodziny.

<3

wtorek, 16 lutego 2016

Bezrobotna w Polsce

Ostatnio obiecałam, że opiszę Wam moje przejścia z Urzędem Pracy. Zacznę od początku.
Okres wypowiedzenia skończył mi się wraz z ostatnim dniem października 2015. Dowiedziałam się, że aby uniknąć czekania w kolejce w UP, mogę zarejestrować się przez internet klikając w odpowiedni link na stronie internetowej UP. 
*Należy pamiętać, że można się zarejestrować jedynie w urzędzie tego miasta, gdzie jesteśmy zameldowani. Jest to dla mnie bez sensu, bo mieszkając w Warszawie szukam pracy właśnie w tym mieście, a nie 50 km stąd. Na szczęście nie jest to daleko, ale znajoma musiała jechać 300 km do swojego urzędu. Jeżeli ktoś mieszka w Szczecinie, a jest zameldowany w Rzeszowie to nie ma pomiłuj. Podobno były plany na zniesienie potrzeby meldunku, ale te plany ciągną się już długi czas i jeszcze nic z tym nie zrobili.*
No więc, zarejestrowałam się przez internet 3 listopada 2015 roku, ok. godz. 11 było już po wszystkim. Dostałam od razu informację, że zapraszają mnie na spotkanie na następny dzień na godz. 10 (trzeba być nastawionym na to, że czas czekania na spotkanie może wynosić do tygodnia czasu). Pojechałam, weszłam ok. 10.30 (oczywiście musiałam być punktualnie, na 10, inaczej groziłoby to koniecznością ponownej rejestracji!!). Pani była miła, cała wizyta trwała ok. 15 minut. To co mnie zaskoczyło, to:
1. mojego stanowiska nie było w bazie, przez co Pani miała nie lada kłopot (jakby nie można było dodać nowego?!),
2. Pani nie chciała przyjąć moich certyfikatów ukończenia kursów zagranicznych, gdyż były UWAGA w języku angielskim; musiałyby być przetłumaczone, aby je przyjęła (kurde!! przecież dla pracodawcy nie jest to istotne, ważne, że jest! ).
Po spotkaniu przeszłam się do pokoju, gdzie udzielali informacji na temat szkoleń. Dowiedziałam się, że podanie o ewentualnym kursie muszę złożyć jak najszybciej, maksymalnie w ciągu tygodnia, gdyż komisja ma 30 dni na rozpatrzenie mojego podania, a dany kurs musi się skończyć do 15 grudnia, bo później urząd musi się rozliczyć. Największe szanse mam wtedy, gdy znajdę pracodawcę, który zadeklaruje się mnie zatrudnić po odbyciu takiego szkolenia. Miła Pani dodała, że rzeczywiście ma to sens w przypadku np. szkolenia na obsługę wózka widłowego, gdzie nabywa się konkretną umiejętność, którą później wykorzystuje. Ponadto, kurs taki musi trwać powyżej 25 godzin tygodniowo, czyli mogłam zapomnieć o kursach komputerowych, na których mi zależało, a które trwają zwykle 2 dni po 8h. Myślałam jeszcze o kursie manicure hybrydowego-8h buuu, może specjalistyczny kurs stylizacji paznokci- żaden nie kończy się przed 15 grudnia- buuu. Nie znalazłam ani kursu, ani pracodawcy.
Ponadto, można skorzystać tylko z jednego kursu w roku. Urząd finansuje go w 90%, 10% płaci bezrobotny.
Tydzień po rejestracji musiałam zgłosić się do urzędu ponownie, do działu pośrednictwa pracy. Trafiłam na taką mimozę, jakiej chyba nigdy nie miałam "przyjemności" poznać. Podchodzę, siadam, poprosiła o dowód, po kilku minutach milczenia, Pani zadała mi kilka pytań, po których zakwalifikowała mnie do 1. grupy/kategorii bezrobotnych, co oznacza, że sama sobie znajdę pracę, że nie potrzebuję żadnych kursów. Mówię Pani, że rejestrując się w urzędzie myślałam właśnie o skorzystaniu z pomocy w postaci właśnie kursu. Pani coś poklikała i mówi, że już mi coś tam zmieniła i jestem już w grupie drugiej. Dodała, że oni ofert dla mnie i tak nie będą mieli, o!! Następne spotkanie wyznaczyła mi na za dwa miesiące, czyli na początek stycznia. Byłam pewna, że do końca roku powinnam sobie coś ogarnąć. 
Niestety, musiałam pojechać do urzędu znowu w styczniu. Trafiłam do tej samej Pani, nic nowego się nie dowiedziałam, spotkanie odbębnione, następne spotkanie na początku marca, mam zabrać ze sobą CV!!! Po czterech miesiącach od rejestracji!! :] Niestety wygląda na to, że znowu będę musiała tam pojechać.
Ostatnio wspomniałam, że jestem przed kolejną rozmową. Środa, 27 stycznia, pojechałam na rozmowę do centrum. Rozmowa bardzo w porządku, Panowie ze Śląska, bardzo mili i bezpośredni. Sami byli zaskoczeni, ile cv otrzymali. Wiecie ile? 350 w ciągu kilku dni!! 50 w ciągu jednego popołudnia, których nawet jeszcze nie otworzyli. Szok! Wiecie, jaka myśl mnie przytłacza? Taka, że wystarczy jedna lepsza osoba i koniec. Jest ogromna konkurencja na rynku, dlatego coraz częściej myślę o założeniu swojej firmy.
Wspomnę jeszcze o zasiłku dla bezrobotnych. W zależności od stażu pracy i sytuacji życiowej, ta kwota się różni. Posiadając 4-letni udokumentowany staż pracy, mój zasiłek wynosi 80%. Mając od 5-20 lat doświadczenia było by to 100%, a powyżej 20 lat- 120%.
Poniżej wstawiać tabelkę z kwotami zasiłku (brutto), obowiązuje do maja 2016:
Jak widzicie, po trzech miesiącach ta kwota się zmniejsza. Dodam jeszcze, że pierwszy zasiłek dostaniemy do połowy miesiąca następnego po rejestracji. Mój przykład: zarejestrowałam się 3 listopada, 4-ego miałam wizytę w urzędzie, pierwszy zasiłek otrzymałam jakoś 13 grudnia, pomniejszony o te 3 pierwsze dni listopada. Nie są to kokosy, ale lepsze to, niż nic. Maksymalny okres otrzymywania zasiłku to w moim przypadku 6 miesięcy, po których ciągle mogę być bezrobotną zarejestrowaną z ubezpieczeniem.
Jeżeli chodzi o jakieś propozycje pracy z urzędu, to ja takiej nie otrzymałam. Kuzynka mówiła mi, że w tym samym urzędzie jest zarejestrowana, nawet jej coś proponowali, ale 20 km poza tym miastem, powiedziała, że nie będzie dojeżdżać, nie przyjęła oferty, podała powód i nic się nie stało. Nie dopytywałam, czy miała więcej propozycji, ale po dwóch latach dalej nie pracuje. 
Podsumowując, to jestem zawiedziona tym, jak trudno jest otrzymać dofinansowanie na kurs i jest tak wiele warunków. Nie licząc na urząd, poszłam na kurs excela, najpierw poziom średniozaawansowany, później zaawansowany, które sfinansowałam w własnych pieniędzy, ok. 900 zł. Żałuję, że wcześniej się nie zdecydowałam, bo bardzo dużo z niego wyniosłam. Stresowałam się, że mogę sobie nie poradzić, ale powtarzałam sobie, że po to jest kurs, żeby uczyć. Było bardzo fajnie, prowadzący dobrze tłumaczył. Po wyświetleniu zadania najpierw dawał minutę na samodzielną rozkminkę, potem rozwiązywała sam i pokazywał co i jak, więc polecam się dokształcać we własnym zakresie!! :)
Powiem Wam jeszcze w tajemnicy, że od końca stycznia chodzę do jednej znajomej firmy, wiadomo w jakim celu, tak, żeby w domu nie siedzieć. Nie jest to nic na stałe, raczej coś w stylu przeczekania, ale pozwoliło mi to trochę zmienić klimat, a w każdej chwili mam możliwość nie przyjść, albo wyjść, jakby mi wypadła jakaś rozmowa. Jest to jednak cały czas okres takiego zawieszenia, co  niekoniecznie jest dobre dla mojego poczucia bezpieczeństwa.
Nie spodziewałam się, że znalezienie nowej pracy będzie takie trudne. Mam nadzieję, że sprawdzi się powiedzenie, że żeby było lepiej musi być najpierw gorzej.
Jeżeli macie jakieś pytania to piszcie, chętnie odpowiem.

Ściskam!!

piątek, 22 stycznia 2016

No i co z tą pracą?

Na razie nie mam dobrych wieści, jak byłam bezrobotna- tak jestem. W ostatnim poście wspominałam Wam, że jestem przed kolejną rozmową. Opowiem Wam, jak to było.
Państwowa duża firma, można powiedzieć, że z mojej "branży", najlepsza oferta na jaką trafiłam na tamten czas. Wchodzę do budynku, mało miejsca na recepcji, 10m2, pusto, od razu bramki. Informuję panią recepcjonistkę, że przyszłam na rozmowę, na 11.30. Starsza Pani stwierdziła, że "ooooo, za wcześnie". Odpowiedziałam, że lepiej być wcześniej, niż się spóźnić. Na co ona, że tu nie ma gdzie czekać, prawie pokazując palec na drzwi wyjściowe. Na zewnątrz -10C, ja jeszcze niedoleczona. Po chwili rozmowy wpuściła mnie przez bramki Dotarłam pod odpowiedni pokój, a pod nim moim oczom ukazał się rządek krzesełek (a podobno nie ma tu gdzie poczekać?!). Rozmowa była krótka, 10-minutowa, najkrótsza w moim życiu. Oczekiwałam czegoś więcej. Nie zdążyłam powiedzieć wszystkiego, co chciałam. Zapytano mnie np. o to, co wiem o IT (?!), co zabrzmiało dość śmiesznie z ust dyrektora, który generalnie powinien zdawać sobie sprawę z tego, jak obszerne jest to pojęcie. Zapytano mnie o to, czym się zajmowałam na dotychczasowych stanowiskach, co chwile mi przerywając. Padły jeszcze pytania typu "jak radzę sobie z dużą ilością pracy?", po pytaniu o "IT" zapytano mnie, jak dobrze posługuję się internetem (biegle, oczywiście!), "czy miałam kiedyś sytuację stresową w pracy i jak sobie z nią poradziłam". Generalnie- bułka z masłem. Pod koniec grudnia zadzwoniła do mnie miła pani z informacją, że niestety nie nawiążą ze mną współpracy. Nie odmówiłam sobie zapytania jej o przyczynę tej decyzji. Powiedziała, że wybrali bardziej doświadczoną osobę. Trudno, ale przynajmniej jej wyjaśnienie było na tyle konkretne, że pozwoliło mi zamknąć temat. 
Około połowy grudnia aplikowałam na super stanowisko w pewnym państwowym instytucie, idealne po moim kierunku studiów, więc bardzo przyłożyłam się do napisania odpowiednio bogatego listu motywacyjnego. Jakoś 20 grudnia zadzwoniła do mnie pani z informacją, że dostali moje cv, są zainteresowani moją kandydaturą, ale mają dla mnie jeszcze jedną propozycję, bo oprócz na tamto stanowisko, szukają jeszcze osoby do sekretariatu dyrektora i myślą, że bym się nadawała. Aż mnie w sercu ścisnęło z radości. Na rozmowę zaproszono mnie na 23 grudnia. Z rodzinnego domu wróciłam do Warszawy. Powiem Wam, rozmowa jak marzenie. Na wejściu pani stwierdziła, że czekała na mnie, że ma dobre przeczucia. Ja od razu banan na buzi i do dzieła. Przy rozmowie była pani, która przechodziła na inne stanowisko. Praktycznie po każdej mojej odpowiedzi słyszałam zdania w stylu: "takiej właśnie osoby szukamy", "na pewno by sobie pani z tym poradziła" itp. itd., przez około godzinę. Z rozmowy wyszłam ogromnie zadowolona, przeszczęśliwa i pełna nadziei, że w końcu los się do mnie uśmiechnąć. 30 grudnia z samego rana odebrałam maila, że do sekretariatu dyrektora została wybrana inna osoba (pocieszyła mnie jeszcze tym, że będą rozpatrywać moje cv na stanowisko, na które właściwie aplikowałam), zesztywniałam, po czym wybuchłam płaczem, nie chciało mi się wierzyć. Wszyscy mnie pocieszają, że prawdopodobnie znalazła się jakaś "znajoma", ktoś z polecenia albo nowy dyrektor przyszedł ze swoją sekretarką. Nie obchodzi mnie to, dla mnie ważne było, że znowu się nie udało i w nowy rok wejdę bezrobotna, a jak to się mówi, jaki sylwester taki cały rok. Generalnie załamałam się, bo tego samego dnia dwie godziny później odebrałam telefon, o którym wspomniałam Wam wyżej, od tej miłej pani, która też mi podziękowała. Piękny dzień pomyślałam, gorzej nie było- dwie odmowy w ciągu jednego dnia.
Od tamtej pory nie byłam na żadnej rozmowie, czyli miałam jakieś trzy tygodnie przerwy. W tym czasie wysłałam prawie 30 cv (tyle nie wysłałam łącznie przez poprzednie 5 miesięcy!!). Wczoraj dostałam zaproszenie na kolejną rozmowę (15 minut po wysłaniu cv :)), która ma się odbyć w najbliższą środę. Na pewno będę się stresować, bo im więcej wody w Wiśle upływa, tym ja jestem dłużej na bezrobociu, co tylko potęguje moje rozdrażnienie.
W następnym poście opiszę Wam moje przejścia z urzędem pracy, jak to było w moim przypadku, ile teraz wynosi zasiłek i inne pierdoły.
Pozdrawiam Was ciepło i ponownie proszę o trzymanie kciuków!!!